Na pierwszy rzut oka to przyjemne zajęcie. Cały dzień siedzi się w samochodzie, słucha ulubionej stacji radiowej i co dwie godziny zmienia kursanta. Kiedy tamten ćwiczy manewry na placu, można wysiąść i zapalić papierosa, pogadać przez telefon z żoną i pomyśleć o tym, co by się zjadło na kolację. Nic nadzwyczajnego, poza tym, że w praktyce odpowiada się za czyjeś życie. Kursanta, pieszych, innych kierowców oraz swoje.
W Polsce instruktorem jazdy może zostać każdy, kto ma wykształcenie średnie, prawo jazdy na daną kategorię od co najmniej 3 lat i nie był karany za wykroczenia drogowe. Po spełnieniu tych wymogów pozostaje jeszcze tylko ukończyć trwający 4 miesiące kurs i w zasadzie można zacząć szukać pracy w nowym zawodzie. Bo instruktorami zostają zazwyczaj ludzie, którym nie podobało się poprzednie zajęcie.
Tadeusz Szaj, właściciel jednej ze szkół jazdy na warszawskim Grochowie, zamienił posadę ochroniarza na fach instruktora. - Ta praca spodobała mi się od momentu, kiedy sam zacząłem robić kurs prawa jazdy. Można powiedzieć, że wtedy coś zaiskrzyło, pojawiła się myśl, że może i ja mógłbym to robić. Dojrzewała chwilę, ale jak widać, skutecznie.
Odczekał ustawowe 3 lata, zrobił uprawnienia i zatrudnił się w szkole nauki jazdy. Na początku pracował "dla kogoś". Kiedy założył własną firmę, jedną z pierwszych klientek była jego żona. - Moja dobra rada - ostrzega - nie uczyć nikogo z rodziny. Mówię o tym z prostego powodu, bardzo szybko i bardzo łatwo przenoszą się wtedy negatywne emocje. To bliska osoba, o wiele łatwiej ją skrytykować, wymagania w stosunku do niej są większe. Nie wiem na jakiej zasadzie to działa, ale zaczyna się dążyć do ideału. Pojawia się też problem z podporządkowaniem, na przykład moja żona uznała, że jakiś manewr jest głupi i odmówiła powtarzania go. Nie wymyśliłem go specjalnie dla niej, był w obowiązkowym zestawie. Zdała egzamin za pierwszym razem, teraz w domu są dwaj kierowcy. Raz prowadzę ja, raz ona. Zdarza jej się popełniać błędy, jak każdemu zresztą, czasem ją poprawiam, czasem się po prostu wolę nie odzywać.
Czujni, zwarci i cierpliwi
- Główna cecha instruktora? Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Nie możemy się irytować, dogadywać czy okazywać dezaprobaty, kiedy dana osoba po raz setny powtarza ten sam błąd - opowiada. - Tłumaczy się powoli i do skutku, ale bez nacisku. Jeżeli widzimy, że komuś coś nie wychodzi na jednej lekcji, przekładamy to na następną, czy jeszcze kolejną. Żeby sobie nie wmówił, że czegoś nie umie, coś mu nie wychodzi. Ludzie są różni, jednych niedoskonały manewr będzie prześladował tak długo, dopóki go nie opanują, inni podejdą do tego, jak do wielu rzeczy w życiu - machną ręką, bo pewnie jakoś to będzie.
Na samej cierpliwości jednak daleko się nie zajedzie. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i niezły refleks. - Instruktor nie może sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Kiedy już wsiądzie się z kursantem do samochodu to jest 100% czujności. Musimy myśleć za siebie, ucznia i wszystkich ludzi na drodze. Kierowcy traktują "L-kę" jak uczestnika ruchu drogowego. To dosyć odważne podejście, bo nigdy nie wiadomo, czy dana osoba jest na swojej pierwszej jeździe i nie umie nawet porządnie ruszać, czy właśnie kończy kurs i idzie jej już całkiem nieźle. Przepaść między takimi kursantami jest ogromna. W większości przypadków jesteśmy w stanie reagować i wyprowadzić samochód nawet z krytycznej sytuacji. Mamy do dyspozycji sprzęgło i hamulec, zazwyczaj nie zapinamy pasów, żeby mieć pełną swobodę ruchów, kiedy trzeba będzie na przykład złapać za kierownicę. A łapać trzeba często, przynajmniej na początku. Początkujący kierowcy mają problem z określaniem odległości, pilnowaniem swojego pasa ruchu. Jasne, że jak dochodzi do gwałtownego hamowania, lecimy do przodu, ale "L-ka" na ogół nie rozwija kosmicznych prędkości, więc nadal wszystko jest pod kontrolą.
A jaki jest najgorszy typ kursanta? - Ktoś niezmotywowany, kto przyszedł na kurs dla towarzystwa. Czasami zdarza się tak, ze jedna osoba ciągnie ze sobą drugą, wedle zasady, że w grupie raźniej. I ta pierwsza kończy kurs i zdaje za pierwszym razem, a druga albo zostawia go w połowie, albo kończy, ale nigdy w życiu nie podchodzi do egzaminu. Albo młodzi ludzie namawiani przez rodziców, bo ten już ma, tamta ma "prawko", to ty idź, synku, też zrób. A ten chłopak czy dziewczyna mają zupełnie inny pomysł na spędzenie tego czasu. Oni się męczą, my się męczymy, bo widzimy, że nasze wysiłki nie przynoszą żadnych rezultatów. Dlatego ideałem jest kursant zmotywowany, który sam zapłacił za kurs i wie dokładnie, co na nim robi.
Od czegoś trzeba zacząć
Tadeusz Szaj nie ma złudzeń co do zasad przyznawania uprawnień nauczycielom jazdy. - Żeby zostać instruktorem trzeba przejść czteromiesięczny kurs składający się głównie z wykładów o prawie ruchu drogowego i zajęć psychotechnicznych, przygotowujących do pracy z ludźmi. Nasz system nie jest do końca idealny, a szkoda, bo sprawne modele kształcenia instruktorów już istnieją. Na przykład w Austrii jest bardzo dobry system. Instruktor świeżo po kursie przez pół roku jeździ jako tzw. instruktor pomocniczy. Nie może być instruktorem prowadzącym, założyć własnej szkoły, nie może być kierownikiem ośrodka - jest po prostu uczniem, instruktorem, ale uczniem. Dopiero po 2 latach może być instruktorem prowadzącym, a po 5 latach pracy na tym stanowisku może założyć szkołę, być szefem ośrodka. Widzi pani różnicę? Wtedy to jest osoba, która ma doświadczenie i wiedzę. Życzyłbym sobie, żeby u nas było podobnie, może nie lustrzane odbicie tego, co u nich, ale chociaż odrobina praktyki dla nowych.
Do biura wpływa sporo zgłoszeń od ludzi zaraz po kursie, którzy chcą u nas pracować, ale jak mam być szczery, to wolałbym zatrudnić kogoś, kto ma już doświadczenie. Mniej stresu. Znam przykład osoby, która zrobiła prawo jazdy, ale po zdanym egzaminie na trzy lata wsadziła dokumenty do szuflady i nie była kierowcą. Potem trafiła się okazja z urzędu pracy na zostanie instruktorem, zrobiła kurs, zdała państwowy egzamin na instruktora i zaczęła uczyć jeździć. Ktoś, kto tak naprawdę sam nigdy nie był kierowcą. I niech mi pani teraz powie, jak taki instruktor jest w stanie kogoś przygotować? Dlatego absurdalną rzeczą jest brak egzaminu z części praktycznej polegającego na sprawdzeniu, czy ktoś sam potrafi jeździć i jakim jest kierowcą, oraz jakie są jego umiejętności przekazywania wiedzy. Są niby praktyki z tego na kursie, ale skoro wiadomo, że nie będą ocenianie, to nikt się specjalnie do tego nie przykłada.
Co w takim razie mają zrobić ze sobą początkujący? - Polecałbym rozpoczynanie kariery w jak największych szkołach - mówi Szaj. - Może to brutalne, ale w grupie łatwiej ukryć braki, poza tym, zawsze można podpytać kolegów, jak sobie radzą z tym, czy tamtym. W małej firmie w zasadzie nie ma ku temu sprzyjających warunków. Mniej ludzi, mniej czasu
Nie czas na miłość
Jarek jest instruktorem w dużej szkole nauki jazdy. Sam ma prawo jazdy od 5 lat, uczy od roku. - Jakim jestem kierowcą? Myślę, że dobrym, chociaż nie udaję, że trzymam się kurczowo przepisów. Najczęściej przekraczam dozwoloną prędkość, ale i tak zawsze znajdzie się kilku kierowców, którzy mnie wyprzedzą. Z wykształcenia jestem handlowcem, ale miałem dosyć tej pracy. Kolega, który jeździ razem ze mną, namówił mnie na kurs, pomógł się potem dostać do pracy. Na początku to miało być na "chwilę", wie pani, takie zajęcie, żeby nie umrzeć z głodu i dać sobie czas na podjecie decyzji, co zrobić z życiem. Ale polubiłem to, co robię. Nie muszę siedzieć w biurze, wiem, jak wygląda miasto o 12 w południe. Niby nic, ale większość osób o tej godzinie patrzy tylko w monitor komputera. Poznaję nowych ludzi, zmieniają się często, a różnorodność jest naprawdę spora. Ostatnio miałem kursantkę po sześćdziesiątce. Zapisała się na zajęcia po śmierci męża, nie chciała rezygnować z wycieczek za miasto na działkę, a nie miał już jej kto wozić. Starszych ludzi uczy się inaczej. Więcej czasu zajmuje im opanowanie i koordynacja wszystkich ruchów, za to nie mają problemów ze spokojną, wyważoną jazdą, można powiedzieć, że są dokładniejsi.
Najbardziej nie lubię uczyć tak zwanych "równych kolesi". Wsiada taki do samochodu i myśli, że skoro jesteśmy rówieśnikami, to możemy od razu przejść na "ty", a na koniec lekcji porozwozić się do domów. Mam zasadę, w pracy jestem nieczuły na wszelkie formy spoufalania się. Mam tylko 30 godzin, żeby z kogoś totalnie zielonego zrobić kierowcę i może to śmiesznie zabrzmi, ale naprawdę zależy mi, żeby dana osoba zdała ten egzamin i nie zabiła się na pierwszym zakręcie.
Drugie w kolejności są młode dziewczyny, którym chyba się wydaje, że jak błysną dekoltem lub pomachają rzęsami, to od razu zaczną lepiej jeździć. Uwodzenie czy flirtowanie z instruktorem niewiele daje. W zasadzie tylko szkodzi, bo odwraca uwagę od rzeczy ważnych, np. ograniczenia prędkości. Miałem kiedyś uczennicę, dziewczyna po trzydziestce, miła, ładna, sympatyczna. Po pewnym czasie coraz częściej trafiała ręką na moją nogę zamiast na dźwignię skrzyni biegów. Wtedy pierwszy raz poprosiłem o zabranie mi kursanta. Nie interesują mnie takie klimaty. Może się wydawać, że samochód to cieplarniane miejsce do różnego rodzaju romansów. Mała przestrzeń, czasami manewry ćwiczy się na pustych placach lub mało uczęszczanych drogach, ale to chyba bardziej zależy od charakteru człowieka niż liczby okazji. Ja bym się ze swoją uczennicą nie umówił. Po kursie może tak, ale nie w trakcie. Byłoby mi niezręcznie jednego wieczoru odprowadzać ją pod drzwi, a następnego protekcjonalnie tłumaczyć na czym polega parkowanie.
Byle do emerytury?
Czy jest to zawód na lata, czy może wypalenie przychodzi szybko? - Jak już mówiłem, to nie jest łatwa praca - opowiada Tadeusz.- Cierpliwość, która jest podstawową cechą, nie tylko chroni kursanta, ale i instruktora, na przykład przed nerwicą. Jeżeli nie polubi się tego zajęcia, szacuję, że da się je wykonywać maksymalnie przez dwa lata. Potem siada psychika, traci się zaangażowanie, spada wydajność. Męczą się wszyscy, a nikomu to nie jest do szczęścia potrzebne. Pracował u nas kiedyś chłopak, na początku szło mu świetnie, miał dobry kontakt z ludźmi, umiał wytłumaczyć na czym polegają manewry itd. Minęło półtora roku i się skończyło. Zupełnie inny człowiek. Wypalił się, stracił cierpliwość, chęci. Przestał się przykładać. O ile w niektórych sytuacjach to nie wychodzi tak od razu, tutaj pojawia się niemal natychmiast. Proszę pamiętać, ze cały kurs praktyczny trwa tylko 30 godzin.
Instruktor idealny
- Częstym błędem odnośnie wyboru szkoły nauki jazdy jest kierowanie się odległością jej położenia od naszego miejsca zamieszkania. Trzeba pamiętać, że to od jakości nauczania zależy to, kiedy i w jakim stylu nauczymy się jeździć. Czasem warto poświęcić trochę czasu i wybrać oddaloną placówkę, jeżeli czujemy, że tam nas nauczą, że z ich instruktorem chcemy jeździć. No i popytać byłych kursantów, jakie są ich wrażenia - radzi na koniec Tadeusz Szaj.
źródło: Gazetapraca.pl





